Wycieczka koreańskim szlakiem po Warszawie!

Wycieczka koreańskim szlakiem po Warszawie!

Jak część z was już pewnie wie, ostatnich kilka dni spędziłam w okolicach i w samej Warszawie. Tyle razy miałam już okazję zwiedzać naszą stolicę, że tym razem postanowiłam podejść do tego trochę bardziej nietypowo - wypoczywając ;)
Niemal cały wczorajszy dzień poświęciłam natomiast na podążanie śladem koreańskich miejsc w Warszawie i właśnie kilka z nich chciałabym wam dziś opisać, więc zapraszam do czytania!
Nie chcąc zbytnio przedłużać, wstawiam tu tylko kilka zdjęć, natomiast w ciągu najbliższych dni planuję osobny post, w postaci fotorelacji z Warszawy, do której serdecznie was zapraszam, jeśli któreś z miejsc was zaciekawi :)

1.Galeria koreańska
O wybraniu się do niej myślałam już od jakiegoś czasu, więc było to miejsce które odwiedziłam jako pierwsze. Wystawa była całkiem ciekawa, mieliśmy możliwość obejrzenia przedmiotów z tradycyjnego koreańskiego domu,lektyki ...
Po tym, jak bardzo wystawa została rozreklamowana jako "tradycyjny dom", spodziewałam się czegoś...większego?
Niestety zachwycona nie byłam - choć o ile ktoś ma dosyć blisko, myślę że warto się przejść - i dużo bardziej spodobała mi się ekspozycja obok, skarby Peru ;)


2.Jeju Beauty Store
Ten punkt wycieczki był chyba tym, który najbardziej przypadł mi do gustu. Koreańskie kosmetyki to coś, co uwielbiam, ale już od jakiegoś czasu nie miałam okazji zajrzeć do sklepu, w którym można je dostać.
Jeju Beauty Store, o ile się nie mylę, posiada swój sklep też w Krakowie, jednak to ten w stolicy był pierwszym, który odkryłam. Obsłużyła mnie bardzo miła pani, doradziła w sprawie kupna nowego podkładu i masek , a nawet dołączyła kilka próbek do moich zakupów!
W sklepie stały całe rzędy maseczek, a kosmetyków - zarówno do pielęgnacji, jak i makijażu - było jeszcze więcej. Jeśli jesteście ciekawi moich zakupów, koniecznie zajrzyjcie do fotorelacji, kiedy już będzie dostępna :)



4. Bistro Powidoki
Jest to bar koreański, zaraz obok (bo w tym samy budynku) muzeum sztuki współczesnej. Z zewnątrz prezentuje się świetnie, uwielbiam takie klimaty!
Zamówiłam zupę miso i pierożki z grzybami shitaki. Zupa nie zwaliła mnie z nóg, ale pierożki były naprawdę, naprawdę dobre! Wielkim plusem jest piękny widok na Wisłę i zaciszne miejsce, mimo bliskiej odległości od centrum, więc myślę, że rekompensuje to dość wysokie ceny.



5.Miss Kimchi
Tu niestety nie udało mi się dotrzeć, ale jako że miejsce w planach było, wrzucam na listę - może wy będziecie  mieli okazję odwiedzić ;)

6.Cafe Crystal
Ostatnim punktem wycieczki była właśnie kawiarnia Cafe Crystal. Po tym, jak znalazłam ich stronę na facebook'u nie mogłam się oprzeć i nie pójść!
Wystrój kawiarni jest cudowny, całkiem w moim stylu, więc z przyjemnością weszłam do środka. Miałam okazję po raz pierwszy spróbować bingsu - koreańskich lodów!
Zamówiłam ryżowe napoje, oraz bingsu o smaku matchy i te drugie...były okropne. Serio. Smak był gorzki, a w połączeniu z czerwoną fasolą na słodko, wydawał się jeszcze gorszy.
Na szczęście na ratunek przyszła mi moja mama, która dzielnie zwiedzała razem ze mną i oddała mi część swoich, tradycyjnych lodów. Te były o wiele lepsze! ;)
Z kawiarni wyszłam ostatecznie zadowolona i najedzona, ale mam dla was 2 rady, o których koniecznie powinniście pamiętać: nie bierzcie bingsu o smaku matchy (chyba, że lubicie jak lody są mdłe i gorzkie...) i najlepiej przyjdźcie na lody z kimś, sami raczej nie zjecie całej porcji!



Jestem bardzo zadowolona z mojej wycieczki i mam ogromną nadzieję, że będę miała okazję ją kiedyś powtórzyć, dodając nowe miejsca! A was jeszcze raz zachęcam do śledzenia bloga na bieżąco, aby obejrzeć fotorelacje :)
A jak wyglądał twój pierwszy bal? - Recenzja książki "Mój pierwszy bal"

A jak wyglądał twój pierwszy bal? - Recenzja książki "Mój pierwszy bal"

Tytuł: "Mój pierwszy bal"
Autorzy: John Green, Holly Back, David Levithan, E. Lockhart, Melissa de la Cruz, Daniel Ehrenhaft, Sarah Mlynowski, Ned Vizzini i inni
Liczba stron: 270
Wydawnictwo: Jaguar

"Mój pierwszy bal" to nic innego, jak zbiór opowiadań, dotyczących pierwszego balu bohaterów. 20 autorów zebrało napisane przez siebie przygody bohaterów podczas pierwszego balu w jednym miejscu i złożyło w książkę.
Kilka dłuższych opowiadań, kilka krótszych, kilka o przeżyciach pierwszego balu, kilka o tym, że nie udało się na niego wybrać, kilka całkiem odjechanych, a kilka w pełni realistycznych. A one wszystkie tworzą w jakiś sposób całość, w książce, pod tytułem "Mój pierwszy bal"

Pierwszy bal to ważny moment w życiu każdego z nas i myślę, że warto się wybrać chociaż po to, aby przekonać się, jak to jest. Ja na swój na razie wciąż czekam i mimo, że nieszczególnie lubię tańczyć, chciałabym jak najbardziej przyspieszyć ten dzień!



W przypadku tej pozycji naprawdę ciężko jest całkowicie położyć ją na półce "Podoba mi się" czy "Nie podoba".
Pomysł jest świetny,( aż sama miałam ochotę dołożyć do tego moje opowiadanie ) ale nie mogę całej książki przydzielić do jednej kategorii, bo opowiadania są tak różne, że ocenianie ich razem mijałoby się z celem ;)
Zacznę więc może od tych, które podobały mi się najmniej:

"Bal dla grubasek"  - Podczas gdy bal trwa w najlepsze, dziewczyny z tzw 'Klubu L' organizują konkurencyjną imprezę. Co oznacza 'Klub L'? Oznacza 'Klub grubych dziewcząt'...
Patrząc na zakończenie, mam wrażenie (zrymowało się, hah), że autor chciał propagować to, że osoby grube nie różnią się do innych - niestety, widać to tylko w zakończeniu. Przez całe opowiadanie dowiadujemy się, że większe osoby bez przerwy jedzą, jest dziwne, kiedy uda im się znaleźć partnera na bal, a ich imprezy prezentują się bardziej luźno, niż osób szczupłych. No przepraszam bardzo, ale co to za bzdury...? Przecież wszyscy jesteśmy tacy sami! Nie wiem, co autor chciał powiedzieć przez tą opowieść, ale wyszło naprawdę, naprawdę kiepsko.

"Zagubiony" - "Zagubiony" z kolei napisany jest z perspektywy chłopaka, który "spotyka" się ze swoim kolegą - Dutchem. Jest to pewnego rodzaju opowieść o ich miłości, czy raczej, jej początku, ale... Cała fabuła prezentuje się tak, że po kolei dowiadujemy się, gdzie wyżej wymienieni bohaterzy uprawiają seks. Dosłownie. Nie będę wdawać się w szczegóły, bo nawet nieszczególnie jest o czym mówić, skoro prawie całą fabułę już poznaliście.
Podoba mi się tylko ostatni, kilku zdaniowy akapit, kiedy to Dutch odwzajemnia uczucia głównego bohatera :) Naprawdę szkoda, że cała historia nie została napisana tak, jak ten akapit.

Ciężko mi powiedzieć, które z nich jest gorsze - myślę, że są na podobnym poziomie - ale na szczęście są to jedyne, które bardzo mi się nie podobały, reszta w większości była w porządku :)
Żebyście nie myśleli, że w książce zabraknie ciekawych opowiadań, przejdźmy teraz z kolei do tych, które najbardziej mnie zainteresowały:


"Jesteś królową balu.Tańcz" - Z pozoru zwykłe opowiadanie o introwertyczce, która wcale nie miała ochoty wybierać się bal, okazało się, jak dla mnie, prawdziwym sukcesem. Może dlatego, że trochę utożsamiam się z główną bohaterką, może dlatego, jak prawdziwie, bez idealizowania napisana historia, ale zdecydowanie uważam ją za jedną z lepszych i cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać. Daje nam ona nadzieję i pokazuje, że to od nas zależy, jakimi ludźmi jesteśmy. Że to my decydujemy o samych sobie i że czasem warto zaryzykować, zmienić coś. Bo nie wiadomo, co przyniesie nam los :)

"Kurczak" - Najlepszy przyjaciel Elsie ma autyzm i gdziekolwiek nie pójdzie, zabiera ze sobą tytułowego kurczaka. Dziewczyna  ceni sobie ich obu, ale coraz częściej nie jest jej łatwo - przecież chciałaby wieść normalne życie, mieć przystojnego chłopaka, tańczyć na balu... A że bal jest wyjątkowym dniem, postanawia zabawić się wraz ze znajomymi. Niestety, w pewnym momencie, gdy nikt się tego nie spodziewa, kurczak zostaje trafiony kamieniem...
Strata zawsze nas zmienia, często bardziej, niż byśmy chcieli. Elsie dopiero, gdy tracą kurczaka, uświadamia sobie, jak ważny jest dla niej przyjaciel - Ben. Bo tylko prawdziwy przyjaciel jest kimś, kto zostanie na zawsze i nie opuści nas z byle przyczyny :)



Jest to tylko kilka przykładów z naprawdę wielu, które chciałabym wymienić. Nie rozpiszę wam jednak wszystkich dwudziestu, bo sama nie wiem, ile osób by to przeczytało ;)

Wiele lat temu marzyłam o zostaniu księżniczką, która tańczyłaby na balu, wśród książąt, białych koni i wróżek spełniających moje życzenia. I mimo, że oczywiście teraz już o tym nie myślę, pozostał pewnego rodzaju sentyment do bali. Książka jest bardzo pomysłową formą opowiedzenia o tym, jak może wyglądać bal - bo każde opowiadanie jest całkowicie inne, a jest ich aż 20! - i kończyłam ją czytać z uśmiechem na twarzy.

Nie gwarantuję, że każde opowiadanie wam się spodoba, zdziwiłabym się, gdyby tak było, ale myślę, że książka jest warta przeczytania. Na pewno się nią nie zawiedziecie! :)

Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu Jaguar:
 
Koreańskie maski od Eveline Cosmetics

Koreańskie maski od Eveline Cosmetics

Może wiecie, a może jeszcze nie, ale NAPRAWDĘ uwielbiam koreańskie maseczki. Używałam ich nawet przed tym, jak zaczęłam interesować się Koreą!
Kiedyś,jakiś już czas temu, przechadzając się po sklepie i oglądając dostępne kosmetyki, moją uwagę zwróciły maseczki, na których opakowaniach widniały urocze zwierzątka. Bardzo lubię takie rzeczy, więc od razu sprawdziłam o co z nimi chodzi, a chwilę później stałam już przy kasie wraz z co najmniej kilkoma koreańskimi maseczkami w płachcie :)
Teraz znam już ich całkiem sporo, bo mimo, że mam swoje sprawdzone i ulubione produkty, wciąż kocham poznawać nowe! I właśnie dlatego przychodzę dziś do was z recenzją maski od Eveline Cosmetics - Charcoal Illuminating Ritual.



Z 6 dostępnych w tej serii masek, wybrałam Charcoal illuminating ritual z prostej przyczyny, jaką jest fakt, że przedtem nie miałam okazji testować maski w płachcie zawierającej aktywny węgiel ;)
W opakowaniu są dwie maseczki, więc myślę, że jak na cenę 9,99zł jest to naprawdę opłacalne!
 Jak wszystkie maski w płachcie, aplikacja jest bardzo prosta i wygodna, nie trzeba również jej zmywać (wręcz się nie powinno), co bardzo ułatwia nam cały proces i zabiera o wiele mniej czasu, niż w przypadku innych maseczek.

Materiał jest przyjemny w dotyku i myślę, że używanie ich w lecie jest szczególnie dobry pomysłem, ze względu na jego dosyć chłodną temperaturę (zwłaszcza na początku) i uczucie odświeżenia, czystości po nałożeniu! Jedynym jego minusem jest kształt, bo zamiast niewielkiego wycięcia, umożliwiającego oddychanie przez nos, została wycięta dziura, przez co nos praktycznie nie jest przykryty maską. Poradziłam sobie wmasowując w niego emulsję, która została w pustym opakowaniu, ale większym udogodnieniem mimo wszystko są  niewielkie wycięcia...



Po 8-krotnym, teraz już, użyciu, mogę stwierdzić, że po ich stosowaniu jakąś różnicę zdecydowanie widać. Pory - z którymi ciągle walczę ;) - są zwężone i mniej się zatykają, co dla mnie jest naprawdę ogromnym plusem, bo mało produktów skutecznie na nie działa, przynajmniej u mnie.
Zauważyłam, że przy regularnym stosowaniu (w moim przypadku co ok. 2-3 dni) powstaje nieco mniej wyprysków, a skóra jest bardziej niż zwykle oczyszczona.
Mimo, że jest to z założenia maseczka oczyszczająca, ma działanie również nawilżające, co przy mojej wiecznie przesuszającej się skórze jest świetnym dodatkiem, wspomagającym wszelkie kremy i inne produkty ją nawilżające.
Nie zauważyłam różnicy w matowości mojej skóry, ani jej blasku - co według producenta powinno się pojawić - ale ja jestem bardzo specyficznym przypadkiem, więc nie wiem, może u was się sprawdzi ;)



Podsumowując, przedstawiam wam główne plusy i minusy masek, które zakupiłam.

Plusy:
+ łatwa aplikacja i przyjemny materiał maski
+ uczucie odświeżenia
+ oczyszczenie skóry
+ zwężone, mniej zatykające się pory
+ działanie nawilżające
 + cena

Minusy:
- zbyt duże wycięcie na nos
- brak widocznych efektów w kwestii matowości, blasku skóry
+/- dosyć słaby i neutralny zapach

Myślę, że jeżeli szukacie masek o działaniu oczyszczających, z czystym sumieniem mogę polecić wam te Eveline :)
Ja sama na pewno w najbliższym czasie wypróbuję również inne z tej serii i mam nadzieję, że sprawdzą się równie dobrze!
A wy, stosujecie jakieś koreańskie maski w płachcie? Polecacie?



Cytaty w hangulu!

Cytaty w hangulu!

Dziś po raz kolejny przychodzę do was z dawką koreańskich słówek - tym razem są to cytaty :)
Osobiście lubię rozpisywać sobie podobne do tych na kartkach, które wieszam na ścianie magnetycznej myślę, że wygląda to super, zwłaszcza w hangulu!
Zachęcam was do tego, zawsze jakaś odmiana i aż miło spojrzeć na słowa pełne motywacji, zachęcające do działania :)

Przepraszam za tłumaczenie jedynie w języku angielskich, ale nie miałam czasu przełożyć na polski - tak, żeby dobrze brzmiało. Jeśli wolelibyście, żebym się tym jeszcze zajęła, to koniecznie dajcie znać w komentarzu, wtedy postaram się to załatwić w kolejnym poście :)

고생끝에낙이 - At the end of hardship comes hapinness



내일도 어저가 좋았을 갓이다 - Tomorrow will be better than yesterday



영원히 - Forever



원숭이도 나무에서 떨어진다 - Even monkeys fall from tree



돌아보지마 - Don't look back



꾸미 있다면 절대 포기하지마라 - If you have a dream, never give up



다괜찮을거야 - Everything will be alright



개가 웃는 이유는 너야 - You're the reason I'm smiling



내 마음이 들라나? - Can you hear my heart?


Jest to dopiero część pierwsza, więc nie wykluczam niedługiego pojawienia się kolejnych, jeśli post spotka się z zainteresowaniem z waszej strony :)


Nie bądź innymi, bądź sobą

Nie bądź innymi, bądź sobą

Zauważyliście, jak niewiele osób się wyróżnia? Jak rzadko można spotkać kogoś, kto zwróci naszą uwagę oryginalnością, kto jest zupełnie inny niż otaczający go ludzie? No właśnie.
Wśród tylu trendów, które narzuca nam społeczeństwo, czasem trudno jest dostrzec siebie. A skoro nie możemy się dostrzec, przyjmujemy narzucane nam poglądy,czy style...
Dlatego właśnie Instagram zalany jest podobnymi do siebie zdjęciami, dlatego idąc ulicą, wiele osób wygląda niesamowicie podobnie i dlatego też co drugi blog wygląda prawie tak samo, jak kolejny...
Można powiedzieć o sobie, że podążamy za trendami, że ubieramy się modnie, że skoro wyglądamy tak, jak celebrytki, możemy czuć się dumni.
Ale, czy to jest prawda?

Może i wyglądamy ładnie, może nasze zdjęcia prezentują się jak na tych wszystkich popularnych profilach.
 Ale zastanówmy się chwilę i powiedzmy sobie, czy NAM to odpowiada.
Bo nie chodzi o to, żeby każdy z nas był zupełnie inny - przy 7mld ludzi nie byłoby to nawet możliwe ;) Ale proszę was, ubierajmy się w to, co nam się podoba. Nam, nie innym! I to właśnie pod nas samych róbmy zdjęcia, dostosowujmy wygląd bloga i ozdabiajmy pokój. Bo to dla nas jest to najważniejsze, a inne od najpopularniejszych obecnie trendów wcale nie musi oznaczać brzydszego, może być przecież wręcz przeciwnie...
 I jeżeli uznacie, że to właśnie te trendy was wyrażają - proszę bardzo, kierujcie się nimi :) Ale upewnijcie się, że robicie to dla siebie...

Zdjęcia poniżej przedstawiają "stylizacje", do których nie użyłam żadnego ubrania (oprócz tych pod strojami)  ;)
Chciałabym zakończyć nimi ten post, bo wiecie - my powinniśmy być jedyną osobą, której ocena szczególnie się liczy. Nie przejmujcie się więc tym, co inni powiedzą, po prostu róbcie swoje!







Uwiecznij wspomnienia z Saal Digital!

Uwiecznij wspomnienia z Saal Digital!

Zaraz po świętach miałam tyle na głowie, że całkiem zapomniałam o idącej do mnie paczce. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy nagle do drzwi zapukał kurier... ;) Ale oczywiście pozytywne, i to bardzo!



Saal Digital to strona oferująca nam przeróżne fotoprezenty - fotoksiążki, fotozeszyty, obrazy, kartki, kalendarze... i kilka innych. To właśnie ich różnorodność i szeroka oferta zachęciły mnie do bliższego poznania strony ;)
W ramach testowania zamówiłam u nich fotozeszyt, składający się z - o ile się nie mylę - 52 stron. Miałam możliwość personalizacji całego zeszytu, ręcznego ustawiania zdjęć, dodawania tekstów, a także dostępnych w aplikacji obrazków. Cały proces był dość czasochłonny, ale zaczynając, nie miałam nawet wybranych zdjęć do zeszytu, więc nic dziwnego.
Mój fotozeszyt zamieniłam w zbiór koreańskich zdjęć. Zaraz po okładce znalazła się mapa Seoulu, następnie zdjęcia moich koreańskich idoli, przeróżne inspiracje i kilka cytatów.
Myślę, że prezentuje się super, zwłaszcza okładka, która wydrukowana wygląda jeszcze lepiej niż w wersji elektronicznej :D
Papier jest przyjemny w dotyku, dosyć gruby, przez co strony nie zegną się tak łatwo, a wydruk dobry - zdjęcia wyglądają niemal jak wywołane!


Całość zeszytu projektowałam w aplikacji Saal Digital, i to właśnie do niej mam pewne zastrzeżenia.
Otóż przy wstawiania każdego zdjęcia, mogliśmy zobaczyć, jakiej jakości jest według aplikacji. Większość zdjęć miałam bardzo dobrej jakości, trafiło się również kilka takich o dobrej. Nie Wiem, jak wy uważacie, ale dla mnie jakość dobra powinna być DOBRA. I przy wydruku na rozmiar mniejszy niż A5 nie powinno być problemów...
Najwidoczniej jednak aplikacja ma inne pojęcie słowa dobry, i wprowadziła mnie w błąd kilka razy kiedy to powiększyłam zdjęcia dobrej jakości na całą stronę, a po wydruku okazało się, że są znacznie rozmazane i wcale nie prezentują się tak, jak powinny zdjęcia tej jakości...
To jedyny minus Saal Digital, jaki zauważyłam, więc mimo wszystko ocena zdecydowanie pozytywna :)
A teraz, kiedy już mam jakieś doświadczenie, na pewno będę pamiętała, żeby wybierać same zdjęcia bardzo dobrej jakości, i tym samym nie popełnić drugi raz tego błędu!


Kolejne zakupy u nich - tym razem może fotoksiążkę - planuję po moim wyjeździe do Korei (czyli jeszcze nie wiem kiedy...), abym mogła uwiecznić na papierze wspomnienia stamtąd i zebrać najlepsze ujęcia w jednym miejscu. Nie mogę się już doczekać!
Myślę, że fotoksiążki i fotozeszyty, oprócz dla nas samych, mogą również być ciekawym pomysłem na prezent dla naszych bliskich - na przykład poprzez zebranie wspólnych zdjęć z wakacji, czy inneg wyjazdu. Pomysł jest oryginalny, więc

    Zapraszam was również na Instagram Saal Digital :)



   A wy, co umieścilibyście w swoim fotozeszycie/fotoksiążce? A może już taki zamawialiście?


Moje odkrycia marca + ankieta o blogu

Moje odkrycia marca + ankieta o blogu

Marzec był miesiącem pełnym wydarzeń, nowości i zakupów. Był to również miesiąc, w którym mój blog najbardziej się rozwinął. Nagle statystyki wzrosły, komentarzy i obserwacji zaczęło przybywać... Tylko się cieszyć ;)
Jest dziś ostatni dzień przerwy świątecznej, więc zanim z powrotem powitam szkołę i nudne, szare godziny w niej spędzane na nauce, chciałabym pożegnać miniony miesiąc - marzec - podsumowując najlepsze i najciekawsze odkrycia, jakich dokonałam tego miesiąca.

Balsamy do ust - Nacomi i Organique
Nie jest to właściwie odkrycie marca, bo otrzymałam je w prezencie już kilka miesięcy temu, ale dopiero w marcu sobie o nich przypomniałam, więc myślę, że można tak powiedzieć.
Zapachy są owocowe ( konkretnie granat i pomarańcza ) i wręcz idealne, bo nie za bardzo intensywne, ale też nie za słabe.
Nawilżają oraz natłuszczają usta, radząc sobie z tym naprawdę dobrze, bo moje usta nieustannie wysychają, a podczas ich używania zauważyłam znaczną różnicę.



Kiełkownica
Wiedzieliście, że są specjalne pojemniki do hodowli kiełków? Szczerze mówiąc, ja do tej pory nie miałam pojęcia.
Kiełkownicę uważam za jedno z bardziej udanych odkryć tego miesiąca, bo ja, jako wielbiciel tego rodzaju hodowli, każdego roku zużywam naprawdę wiele opakowań nasion ;)
Kiełkownice ułatwiają nam sadzenie nasionek, do niektórych z nich nie potrzeba nawet waty, wystarczy wysypać nasiona i podlewać. Ta, którą zakupiłam, prezentuje się naprawdę fajnie, nawet lepiej niż pojemniki, w których sadziłam kiełki do tej pory, więc myślę, że warto zainwestować te kilka/kilkanaście złotych.

Planer
Na jego temat planuję oddzielny post, dlatego nie będę się rozpisywać, ale zakup uważam za udany. Może w końcu będę bardziej zorganizowana! ;)


Warsztaty DIY
W marcu odbyły się pierwsze warsztaty DIY organizowane przez Flying Tiger Copenhagen w Krakowie, tym razem z motywem wielkanocnym. Atmosfera była niesamowita, prowadzące miłe i pomocne, a oferowane DIY niezbyt trudne, dzięki czemu udało mi się sobie z nimi poradzić. Jeśli jeszcze o nich nie słyszeliście, to serdecznie polecam, ja na pewno wrócę w tym miesiącu, bo warto!

 Plecione poduszki
Je również zobaczyłam w tym miesiącu po raz pierwszy. Nawet nie pamiętam gdzie, wiem tylko, że od razu mnie zachwyciły :)
Na razie pokusiła się o zakup jednej z nich - pudrowo różowej - ale jestem pewna, że w najbliższym czasie w moim pokoju pojawi się ich więcej!


Współprace
W marcu udało mi się również nawiązać kilka współprac, między innymi z wydawnictwami takimi jak: Czwarta Strona, Niezwykłe, Jaguar i Videograf s.a, a także Saal Digital, którzy oferują najróżniejsze fotoprezenty :)
Jako, że bloga nie prowadzę szczególnie długo, są to moje pierwsze współprace i jak na razie jestem bardzo zadowolona!
Do tej pory w ich ramach pojawiły się dopiero dwa posty, reszta jest w przygotowaniu, lub jeszcze oczekuje na przesyłkę. Jeśli chciałby ktoś przeczytać, zapraszam na recenzje dwóch tomów, które pojawiły się niedawno na blogu : Księga luster  i Czarny amulet.

Myślę, że to wszystkie najważniejsze odkrycia tego miesiąca,a wyjątkowo żadne z nich nie zaskoczyło mnie negatywnie! Zachęcam również do wypełnienia anonimowej ankiety dotyczącej mojego bloga - pomoże mi to tworzyć treści bardziej odpowiednie dla czytelników i poznać wasze zdanie o blogu. Dostępna jest ona poniżej:

Podróż wraz z Kate Hallander, czyli recenzja "Czarnego Amuletu"

Podróż wraz z Kate Hallander, czyli recenzja "Czarnego Amuletu"




Tytuł książki: "Kroniki Jaaru. Czarny amulet"
Autor: Adam Faber
Wydawnictwo: Czwarta strona
Wydanie: Twarda oprawa, czcionka wygodna do czytania, urocze ilustracje :)
Ilość stron: 464

"Czarny amulet" to druga część cyklu Adama Fabera - "Kronik Jaaru". Nie wiem czy o tym wspominałam, ale to właśnie ta część była tą przeczytaną przeze mnie jako pierwszą.
Czekając na otrzymanie pierwszej części byłam tak niecierpliwa, że w końcu dałam za wygraną i czytanie cyklu zaczęłam od drugiej ;)
To właśnie ta książka wprowadziła mnie więc w magiczny świat Kate Hallander - Jaar.

Marzyliście kiedyś, aby wyjechać na wakacje przepełnione magią? Zaklęciami, latającymi miotłami, magicznymi istotami, różdżkami, a nawet bibliotekami dla czarodziejów...?
Ja tak, nawet wiele razy :)
W "Czarnym amulecie" Kate ma tę możliwość i chętnie z niej korzystając, wraz z ciotką wyjeżdża do domu jej znajomej w Hagsborough - miasta wiedźm.



Ten tom napisany jest nie tylko z perspektywy naszej głównej bohaterki, Kate, ale również Jonathana, który podobnie jak ona, dopiero teraz odkrywa swoją magię i nie do końca umie nad nią w jakikolwiek sposób panować. Dziwnym trafem oboje lądują na wakacjach w tym samym mieście...
Sprowadza ich tam możee przypadek, a może przeznaczenie. Pewne jest jednak, że Hagsborough kryje pewną tajemnicę, którą muszą odkryć - Czy to razem, czy osobno.

Wydawałoby się, że życie Kate będzie idealne, teraz, gdy odkryła, że magia istnieje. Niestety - anonimowy prześladowca zaczyna władać jej umysłem, i nikt nie umie na to poradzić.
Jak to mówią: "Najciemniej jest pod latarnią". Idealnie sprawdzi się to w tym przypadku, bo prześladowca Kate znajduje się dosłownie pod jej nosem, mimo że nikt tego nie zauważa ;)
Dodatkowo, nowi znajomi dziewczyny wydają się być coraz bardziej podejrzani, a ona sama nie wiem już, czy komukolwiek może ufać...




Ten tom znacznie przybliża nam charaktery obu bohaterów - Kate i Jonathana - pozwalając nam lepiej ich poznać i zrozumieć. Kate staje się bardziej rzeczywistą i może mniej przerysowaną, niż w pierwszej części serii, postacią, a Jonathan przestaje być tylko nieznajomym, który padł ofiarą zaklęcia miłosnego Kate, a staje się inteligentną i ważnym dla nas bohaterem książek.

"Księga luster" była wprowadzeniem do tajemniczego świata magii, ale w "Czarnym amulecie" akcji jest już o wiele więcej. Intrygi, niebezpieczeństwa,  podejrzenia... W świecie Kate czają się za każdym rogiem. Tylko jak sobie z nimi poradzić?

Z posłowia:
Hagsborough nie istnieje - taka jest oficjalna wersja brytyjskiego rządu; Kate twierdzi natomiast, że aby doświadczyć magii miasteczka, trzeba dostać specjalne zaproszenie. 

Ta książka jest pewnego rodzaju zaproszeniem, więc jeśli chcecie wkroczyć do tego niesamowitego świata magii, wystarczy ją przeczytać! :)

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona :)



Copyright © 2014 Chinguui blog , Blogger