Między kartkami książki, czyli "Słowa w ciemnym błękicie"

Między kartkami książki, czyli "Słowa w ciemnym błękicie"

 Tytuł: "Słowa w ciemnym błękicie"
Autor: Cath Crowley
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 287
Oprawa: miękka, ze skrzydełkami



 Wiele lat temu Rachel zakochała się w Henrym. Dzień przed przeprowadzką napisała do niego list i schowała w swojej ulubionej książce w księgarni, która należała do jej rodziny. Czekała. Ale Henry nigdy nie przyszedł. Teraz Rachel wraca do miasta i do księgarni, by pracować razem z chłopakiem, którego wolałaby już nie zobaczyć. Ale po przykrych przeżyciach, które spotkały jej najbliższych, Rachel potrzebuje choć chwili zapomnienia. Brat Rachel utonął kilka miesięcy temu i dziewczyna pogrążona jest w smutku.
Henry i Rachel pracują obok siebie – otoczeni książkami, obserwują rozwijające się historie miłosne, wymieniają listy między stronami. Dzięki temu znajdują w sobie nadzieję. Spoglądają w przyszłość dzięki książkom. Pozwalają sobie uwierzyć, że dostaną od losu drugą szansę. 




"Słowa w ciemnym błękicie" to historia ukryta między kartkami książek. Problemy głównych bohaterów, ich wzloty i upadki, wszystko ma związek z książkami, z antykwariatu  rodziny Henry'ego. Jest on o tyle wyjątkowy, że prowadzący go wpadli na nietypowy pomysł założenia biblioteki listów...
 Biblioteka listów to miejsce, gdzie każdy może zostawić wiadomość. Wiadomość dla przyjaciela, czy osoby, do której chce się zbliżyć, ale także dla nieznajomego.
Listy, jakie wymieniają między sobie bohaterowie powieści pojawiają się przez całą książkę, między jej rozdziałami. Między kartkami książki. Tak, jak w oryginalnie.

Książka zawiera właściwie niewiele zwrotów akcji, a skupia się głównie na emocjach i próbach poradzenia sobie ze śmiercią brata. Nie znaczy to jednak, że nie jest na wciągająca. Wręcz przeciwnie, trudno było mi się od niej odkleić!



Główna bohaterka została świetnie przedstawiona, jako osoba z traumą, która mimo wszystko chcę o siebie zawalczyć i żyć dalej. Razem z rozwojem wydarzeń przechodzi transformację, stając się bliższa tej sobie, którą była przed wypadkiem jej brata. Jest bardzo dojrzała i zupełnie nieidealna, dzięki czemu łatwiej nam utożsamić się z jej postacią.

Nastrój powieści jest niesamowity i stanowi jej największy atut. Czytając, nie tylko może nam się zdawać, jakbyśmy uczestniczyli w wydarzeniach. Możemy poczuć się jak w starym, klimatycznym antykwariacie, poczuć zapach książek na jego półkach i usłyszeć przewracane strony. A wystarczy dobrze wczytać się w "Słowa w ciemnym błękicie". Coś niezwykłego!

Jest to pozycja młodzieżowa, ale nie wykluczam, że innym też mogłaby się spodobać. Bo myślę, że faktycznie by mogła :) Jeśli tak jak ja kochacie papierowe książki, koniecznie sięgnijcie po "Słowa w ciemnym błękicie".



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar :)

Mój pierwszy Kawaii box + Rozdanie!

Mój pierwszy Kawaii box + Rozdanie!

W tym miesiącu miałam okazję poznać coś zupełnie nowego - pudełko subskrybcyjne Kawaii box. Jest to jedno z bardziej oryginalnych pudełek, jakie znalazłam, a w dodatku niesamowicie urocze ! Pudełko może zawierać właściwie wszystko, co jest kawaii. Słodycze, pluszaki, przybory szkolne, gadżety, akcesoria i wiele innych :) I mimo, że zazwyczaj nie jestem przekonana do kupowania tego typu zestawów "w ciemno", zamysł Kawaii box tak mi się spodobał, że wiem, że pudełko tego miesiąca na pewno nie jest ostatnim, jakie otrzymałam! Myślę, że od razu milej jest, gdy się spojrzy na tak urocze rzeczy, jakie znajdują się w każdym boxie, a przy okazji można zdobyć świetne ozdoby do pokoju, gadżety codziennego użytku w nieco bardziej uroczej odsłonie, czy też świetny prezent dla przyjaciela :)


1. Zestaw karteczek z Muminkami
Pierwszą rzeczą, jaką znalazłam w czerwcowym Kawaii box, były urocze karteczki z motywem muminków. Są ich cztery rodzaje, każdy w innym, pastelowym kolorze i z wizerunkami innej postaci w rogach. Karteczki nie są co prawda czymś, co trudno dostać, ale ja, jako wzrokowiec, zawsze podczas nauki korzystam z fiszek, więc na pewno mi się przydadzą i te! Zwłaszcza, że bardzo podoba mi się ich opakowanie :)


2.Opaska z uszami
Opaski z materiału to coś, co bardzo przypomina mi dzieciństwo. Gdy byłam mała, nie chciałam wyjść z domu, nie mając na sobie jednej z moich ullubionych. Opierałam się z całych sił i nie chciałam ruszyć, dopóki ktoś mi jej nie podał :p
Czy teraz będę ją nosić? Nie wiem... Ale w zasadzie, czemu by nie spróbować!


3.Salmon sushi boy squishy
Przyznam się, że kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, nie miałam pojęcia, czym jest. Oprócz tego, że sushi, oczywiście ;)Okazało się, że squishy to coś jak piłeczka antystresowa, tylko w uroczym i według mnie bardziej zachęcającym, wydaniu. W powiązanym z Kawaii box sklepie, można znaleźć setki wzorów, więc na pewno każdy znajdzie coś dla siebie!
 W stresującej sytuacji jeszcze nie miałam okazji testować, ale na co dzień sprawdza się super!
Jedynym problemem, jaki zauważyłam, był specyficzny zapach, jaki squishy miał po rozpakowaniu. Na szczęście noc spędzona na wietrzeniu się na balkonie pomogła ;)


4.Truskawkowe pianki Hello Kitty
Hello Kitty nie jest postacią, którą szczególnie lubię. Więcej, wolałabym wręcz nie musieć oglądać jej podobizny na żadnej z rzeczy tak wyczekiwanego przeze mnie pudełka. Na pewno nie zdziwi was więc, że od początku byłam sceptycznie nastawiona do pianek.
I powiem wam, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Są naprawdę dobre i mięciutkie, a w dodatku mają intensywnie truskawkowe nadzienie! Oceniam zdecydowanie na plus :)


5.Długopis - rurka
Co bardzo podoba mi się we wszystkich azjatyckich długopisach, jakie miałam do tej pory, to to, że nawet gdy z pozoru są zwyczajne, zawsze coś w nich mnie zaskakuje. Myślę jednak, że nikt nie ma wątpliwości, że długopis będący rurką nie jest do końca zwyczajny ;)
Mógłby być naprawdę fajny, bo po zdjęciu zatyczki jest wygodny do trzymania w dłoni i pisze się nim dobrze, ale jak zwykle, jest to żelowy długopis. Mimo dobrych chęci, nie jestem w stanie pisać żelowymi długopisami, wszystko od razu mi się rozmazuje, a pismo wygląda dziesięć razy gorzej... Pomyślę więc, komu mogłabym go podarować, żeby nie leżał nieużywany na półce ^^


6.Naklejki Sumikko Gurashi
Te naklejki możemy przylepić na papier, ale myślę, że byłoby to w pewnym sensie ich zmarnowanie, bo nadają się również na laptop, telefon, drzwi, czy szafę! Jeszcze nie wymyśliłam, co zrobię z moimi, ale są tak urocze, że na pewno znajdę im jakieś miejsce, i to w najbliższym czasie, żeby nie zdążyły się nawet zakurzyć :p






7.Winogronowe żelki Precure
Te żelki to rzecz która z całego czerwcowego Kawaii box'a najmniej przypadła mi do gustu. Mimo całkiem interesującego wyglądu, żelki mają sztuczny smak i zdecydowanie zbyt dużo żelatyny, sądząc po intensywności jej smaku. Niestety, ten produkt bardzo mnie zawiódł.


8.Brelok - Chomik
Nie tak dawno temu w ogóle przekonałam się do breloków, ale zobaczywszy tego chomika, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że słusznie.
Jest naprawdę śliczny, a w dodatku pasuje do większości torebek, jakie posiadam! Coś czuję, że w najbliższym czasie będziemy mieli wiele okazji, aby lepiej się poznać, bo tak mi się spodobał, że nie wiem, kiedy wyjdę bez niego z domu ^^
Tylko... Jakbyście wpadli na to, co o trzyma, koniecznie piszcie. Główkuję nad tym od kilku dni, a wciąż nie mam pojęcia!


9.Podładka pod kubek
Ten uroczy królik, a w zasadzie jego głowa, to nic innego jak podkładka pod kubek, mająca na celu ochronę stołu. Niby nic nadzwyczajnego, ale w moim przypadku strzał w dziesiątkę, bo tyle razy od zakupu (czyli przez jakieś 5 miesięcy) zdarzyło mi się już go zalać, że sama się dziwię, że jeszcze nie ma żadnych śladów. Więc tylko się cieszyć, mój stół będzie uratowany przez króliczka! :)


10. Zestaw do wykonywania pand
Tą pozycję celowo zostawiłam na koniec, bo jest tą, która najbardziej mnie zaskoczyła, a tym samym -najbardziej zaciekawiła. Zestaw składa się z zaledwie 5 elementów, oraz instrukcji, a służy do samodzielnego wykonywania pand z ryżu oraz wodorostów. Patrząc na opakowanie, efekt jest niesamowity!
Niestety osobiście nie udało mi się jeszcze ich wykonać, z powodu braku klejącego się ryżu w mojej okolicy ;) Planuję jednak, w razie powodzenia ich ulepienia, osobny post na temat zestawu, więc mam nadzieję, że mi się uda!



ROZDANIE

To jednak nie koniec, bo wraz z Kawaii box przygotowaliśmy dla was rozdanie - do wygrania zestaw z tego miesiąca z pełną zawartością! Jak na pewno zauważyliście, ja jestem bardzo zadowolona z boxa, więc myślę, że warto, zwłaszcza, że zgłoszenie się jest bardzo proste :) Wystarczy podać swoje imię i nazwisko oraz email! Ale to nie wszystko, macie bowiem możliwość otrzymania dodatkowych losów, wykonując jedno, lub więcej, zadań z listy, widocznej po zgłoszeniu.
Zapraszam, jestem pewna, że się nie zawiedziecie!

Chinguui Blog Kawaii Box Giveaway
"Zaginieni" Patricii Gibney

"Zaginieni" Patricii Gibney

Tytuł: Zaginieni
Autor: Patricia Gibney
Wydawnictwo: NieZwykłe
Liczba stron: 498
Oprawa: Miękka, ze skrzydełkami


Dół, który wykopali, miał mniej niż metr głębokości. Maleńkie ciało spoczywało w białym worku po mące. Trzy pary przerażonych oczu przyglądały się tej scenie z okna na trzecim piętrze. Chłopiec siedzący w środku odezwał się, nie odwracając wzroku: Ciekawe, które z nas będzie następne?
Kiedy w katedrze zostaje odnalezione ciało kobiety, a drugie, tym razem młodego mężczyzny, zawisa na drzewie przed jego domem, detektyw inspektor Lottie Parker rozpoczyna śledztwo. Oba ciała mają na nogach charakterystyczny, nieudolnie wykonany tatuaż. Niewątpliwie ofiary coś łączyło. Ale co? Trop prowadzi Lottie do Domu św. Angeli, dawnego przytułku dla dzieci, z którym wiąże się mroczna przeszłość rodziny inspektor Parker. Teraz to sprawa osobista. Podczas gdy Lottie zaczyna dostrzegać związek pomiędzy nowymi zbrodniami a morderstwami sprzed dziesięcioleci, znika bez śladu dwóch nastolatków. Lottie musi wytropić zabójcę, nim ten uderzy ponownie, ale czy tym samym nie narazi swoich dzieci na śmiertelne niebezpieczeństwo? Wkrótce Lottie stanie twarzą w twarz z szaleńcem, który ma zdecydowanie inne niż ona pojęcie sprawiedliwości.



Kiedy tylko spojrzałam na okładkę książki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Tak, nie ocenia się książki po okładce, ale czasem to właśnie okładka sprawia, że dany egzemplarz zwraca naszą uwagę. W tym wypadku zwrócił ją na tyle, że z wielką niecierpliwością oczekiwałam otrzymania przesyłki z "Zaginionymi", nie mogąc się już doczekać :)

Po tak świetnej zapowiedzi, w postaci okładki i opisu, początek powieści znacznie mnie zawiódł. Był dosyć...typowy. Nie jestem jednak osobą, która łatwo się poddaje. I całe szczęście, bo nie przejęłam się początkową schematycznością i czytałam dalej.



Akcja toczy się dynamicznie, więc nie potrzebowałam wiele czasu, aby całkiem się wciągnąć. Każdy rozdział wydawał mi się nieco inny, a jednocześnie tak samo pochłaniający. Była to moja pierwsza książka Patricii Gibney, jaką miałam okazję przeczytać, ale bardzo spodobał mi się jej styl pisania i sposób, w jaki przedstawia wydarzenia, więc pewnie nie ostatnia!

Po każdym morderstwie, porwaniu, czy innym zwrocie akcji wydawało mi się, że już rozumiem, o co chodzi, jednak za każdym razem okazywało się, że nie miałam racji, a akcja zaskakiwała mnie na coraz to nowe sposoby. Oprócz teraźniejszych w książce wydarzeń, poznajemy też część przeszłości bohaterów, co jeszcze bardziej mieszało mi teorie o zakończeniu ;)



Główną bohaterka - Lottie Parker - poznajemy jednak nie tylko jako policjantkę. Okazuje się ona wrażliwą kobietą, oraz kochającą, choć nie najlepiej radzącą sobie ostatnimi czasy, matką. Bardzo przypadły mi do gustu wątki jej relacji z dziećmi, przeplatające się z próbami rozwikłania sprawy. Mimo różnicy wieku między nami, utożsamiłam się z bohaterką i chętnie przeczytałabym więcej historii z jej udziałem. Jest wykreowana na bardzo prawdziwą i zwykłą osobę, taką, jaką można spotkać na ulicy. Ma mnóstwo wad i zalet, jak każdy z nas, ale jednocześnie jest w niej coś niezwykłego, i to coś bardzo mi się spodobało :)

Mogę z czystym sumieniem polecić książkę wszystkim miłośnikom thrillerów, na pewno się nie zawiedziecie! Nie zdradzę wam więcej szczegółów fabuły, jeżeli jesteście ciekawi, koniecznie przeczytajcie :)

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe !
http://www.wydawnictwoniezwykle.pl/


Może zainteresuje cię też:
Moje odkrycia maja
Azjatycki zakątek - majowe zakupy!
Jak szybko opanować nowy alfabet?
Jak stosować maski w płachcie?

Korea Festival 2018

Korea Festival 2018

Jak być może czytaliście na stronie mojego bloga na facebook'u, w tą sobotę miałam okazję pojechać do Warszawy na Korea Festiwal 2018. Jest to, o ile się nie mylę, największy koreański festiwal w Polsce, więc naprawdę cieszę się, że mogłam w nim uczestniczyć!

Już jadąc autobusem z dworca przekonałam się, jak dużym zainteresowaniem cieszy się wydarzenie. Pojazd był przepełniony przez osoby na niego się wybierające! Przynajmniej trudno było się zgubić - na miejsce szliśmy w około 70-osobowej grupie ;)
Jako, że do Warszawy dotarłam ok. godziny 10, na samym festiwalu byłam niemal od chwili jego rozpoczęcia. Wydarzenie miało miejsce w parku Agrykola, w centrum stolicy, bo dosłownie obok Łazienek. Wejścia do obu parków były oddalone o niecałe 30m!
Już kiedy przyjechałam, wszystkie stoiska były zapełnione, a do wielu z nich stały ustawione kolejki, często dłuższe niż kilkanaście osób!




 Na pewno było z czego wybierać - rozłożonych stoisk było niemal 40. Oprócz tych przygotowanych przez restauracje, znalazły się także stoiska sklepów spożywczych (koreańskich, oczywiście), agencji turystycznej, oraz takie z kosmetykami, przyborami szkolnymi, filmami, książkami i kilka innych!



Jednak mimo tak szerokiego wyboru, największym zainteresowaniem cieszyły się te, przy których sami mogliśmy coś wykonać. Mieliśmy m.in możliwość malowania wachlarzy, przymierzania hanboku, zaśpiewania na stoisku Norebang oraz zdobycia własnej odbitki drzeworytu, z napisanym naszym imieniem.
Mimo dosyć długiego oczekiwania myślę, że naprawdę było warto je odwiedzić!



W całym festiwalu najbardziej podobała mi się atmosfera. Chociaż nie znałam prawie nikogo, przy okazji wiele osób ze mną rozmawiało, pomagało i wskazywało restauracje, w których jest najsmaczniejsze jedzenie. Tak, jakbyśmy wszyscy byli przyjaciółmi :)
 Pojawiło się na nim również mnóstwo Koreańczyków - niektórzy mówiący po polsku, inni jedynie po angielsku. Była to świetna okazja na poznanie kilku z nich i rozmowę!

Ważnym elementem było też losowanie. Każde z miejsc, które rozłożyły swoje stoiska na festiwalu, przygotowało bon lub nagrodę rzeczową, którą mieliśmy szansę wygrać w losowaniu, odbywającym się pod koniec wydarzenia. Czekało na nas ok. 50-60 nagród, natomiast losów zostało sprzedanych aż 1100! Niestety tym razem nie udało mi się nic zdobyć, ale jestem pewna, że kiedyś to się zmieni ;)



Festiwal naprawdę bardzo mi się podobał, był jednym z bardziej udanym dni w ostatnim czasie. Jestem  pewna, że w przyszłym roku również się na nim pojawię. A póki co, będę cieszyć się moimi pamiątkami, które pokażę wam w kolejnym poście :)




Może zainteresuje cię też:
TOP 5 koreańskich kosmetyków - maj 2018
Wywiad z autorkami bloga -Polki w Korei!
Jak stosować maski w płachcie?
Jakie książki o Korei warto przeczytać?



[Post informacyjny - wielkie zmiany!]

[Post informacyjny - wielkie zmiany!]

Właściwie ten post mógłby się pojawić jedynie na fanpage'u, ale wiem, że część z was śledzi na bieżąco tylko bloga, więc proszę bardzo - zapraszam do przeczytania informacji! :)

Po wielu rozważaniach ( i oczekiwaniach, jak długo będę kontynuować prowadzenie bloga) w końcu zdecydowałam się na przejście na własną domenę! Co znaczy, że już niedługo będę miała swoje własne miejsce w sieci, a końcówka blogspot zniknie na dobre :D
Wiem, że dla niektórych zmiana domeny to kilka klików i szybka decyzja, jednak dla mnie jest to naprawdę spora sprawa.

Blog jest właściwie pierwszą rzeczą, którą konsekwentnie kontynuuję. Wcześniej, gdy tylko coś tego typu zaczynałam, twierdziłam, że to jednak nie dla mnie i po krótkim czasie porzucałam...
Bardzo cieszy mnie więc, że wciąż tu z wami jestem (a co ważniejsze, wy jesteście ze mną!) i wciąż niezmiernie cieszy mnie każdy napisany post, otrzymany komentarz i każda chwila, gdy sprawdzam licznik wyświetleń :)

Dowiedzenie się, jak właściwie mogłabym przenieść się na swoją domenę, zajęło mi co najmniej kilka dni - dlatego było tu tak cicho! - więc doceńcie moje wysiłki i trzymajcie za mnie kciuki, bo zajmę się tym w wolnej chwili i mam nadzieję, że uda mi się nic nie zepsuć!

Miłego dnia, tygodnia i całego roku! x


Moje odkrycia maja!

Moje odkrycia maja!

Dziś jest już ostatni dzień maja, a ja nie mam pojęcia kiedy to zleciało!
Maj był dla mnie trudnym miesiącem, który spędziłam głównie na nauce, jednak na szczęście czas wciąż pędził jak szalony ;) Wśród tylu ciężkich momentów znalazło się jednak kilka przyjemniejszych, i to właśnie dzięki nim mogę dziś przedstawić wam kolejną część comiesięcznej serii - moje odkrycia miesiąca!

1.Oplątwy

Może pamiętacie, jak w poprzednim poście z serii opowiadałam wam o mojej pierwszej roślinie na stałe, która nie jest kaktusem. Otóż tak mi się to spodobało, że postanowiłam poszukać jeszcze czegoś dla siebie. I znalazłam! Oplątwy to rośliny które nie zapuszczają korzeni, nie rosną w ziemi, a w pustej doniczce, na drewienku, czy innym podłożu, i do hodowli są jeszcze mniej wymagające niż kaktusy!



2. Brelok do torebki

Do przypinania przeróżnych gadżetów przy torebkach  od zawsze byłam sceptycznie nastawiona. W tym miesiącu jednak w jednym ze sklepów natrafiłam na tak uroczy brelok, że nie mogłam nie pokusić się o jego zakup. I choć wciąż wielu rzeczy za nic nie przypięłabym do torebki, przynajmniej wiem, że znajdzie się coś także i dla mnie :)



3. Gumki - sprężyny

Mimo, że o nich mówi się już od dawna, jakoś nie przekonały mnie do siebie - aż do 2 tygodnia maja, kiedy nie mając pod ręką innych, związałam jedną z nich włosy. Zakochałam się od razu! Choć może nie sprawdzą się przy ciasnych upięciach (przynajmniej u mnie), przy tych luźniejszych radzą sobie naprawdę wspaniale. A jakie są wygodne!



4.Puder ryżowy Ecocera

 Właściwie to tego produktu nie odkryłam w maju, a jedynie zaczęłam go doceniać. Zawsze, stosując pudry, miałam wrażenie, że nie grają mi z podkładem (mimo, że kolor był prawie identyczny), a po chwili moja skóra zaczynała świecić się jak latarnia morska.
Puder Ecocera spełnił wszystkie moje kryteria, a zarazem po każdym zastosowaniu skóra jest matowa nawet do kilku godzin. Cudowny!



5. Orientana

O marce Orientana słyszałam przedtem właściwie tylko raz, nie mając pojęcia nawet w czym się specjalizuje. A szkoda, bo jest naprawdę świetna! Niedługo na blogu pojawi się post o jednych z ich kosmetyków, więc jeżeli jesteście ciekawi, koniecznie bądźcie na bieżąco :)

6. Naklejki Oriental Spoon

To właściwie nie jest zbyt ambitne odkrycie - w moim ulubionym koreańskim barze pojawiły się ich naklejki - jednak są tak urocze, że po prostu nie mogłam ich pominąć, sami spójrzcie! A to tylko przykłady ;)
Jeśli nie znacie jeszcze baru, odsyłam do postu z dnia, kiedy go odkryłam -  O barze Oriental Spoon słów kilka



To chyba tyle, jeśli chodzi o odkrycia, jakich dokonałam w maju :) A wy, mieliście okazję poznać coś nowego? Podzielcie się!
Jak radzić sobie z upałem?

Jak radzić sobie z upałem?

Ten post właściwie piszę dosyć spontanicznie, ale jako że sama mam bardzo duże problemy z samopoczuciem, skupieniem i wszystkim innym, gdy jest gorąco, chciałabym podzielić się z wami moimi obserwacjami, co do tego, co najlepiej pozwala nam ochłodzić się w zbyt ciepłe dni :)
Mam nadzieję, że moje rady wam się przydadzą i skorzystacie z nich, gdy będzie taka potrzeba! Zapraszam do czytania ;)


1. Woda

To całkowita podstawa do dobrego samopoczucia, zarówno w ciepłe, jak i chłodniejsze dni. 1,5 -2 litry to w dni tak ciepłe jak dziś całkowite minimum. Możecie również wcześniej ją schłodzić, aczkolwiek mi nie odpowiada smak wody, zimniejszej niż temperatura pokojowa.

2. Powiedzmy NIE jeansom!

Niemal 30 stopni na zewnątrz to najwyższy moment, by pożegnać się z wiosennymi ubraniami - swetrami, bluzami (zwłaszcza tymi niezapinanymi) a także właśnie jeansami, w których można się ugotować, siedząc w pełnym słońcu ;)

3. Woda termalna

Woda termalna to wręcz idealny sposób, aby ochłodzić i odświeżyć twarz w ciągu dnia. Efekty naprawdę czuć, a co ważne - nie narusza naszego makijażu!

4. Wiatraki i wachlarze

Gdy już źle czujemy się z gorąca, czy duchoty, warto zrobić sobie "wiatr" wachlując się, czy też zaopatrując w przenośny wiatrak - choć z tym w sytuacjach, gdy powinniśmy zachowywać się cicho, jest już nieco gorzej

5. Otwórz okna

Może wydawać się, że ich otworzenie jedynie zwiększy temperaturę, ale wierzcie, gdy do gorąca dołożymy jeszcze duszność w pomieszczeniu, będzie jeszcze gorzej! Chyba, że macie jakieś inne możliwości wietrzenia, wtedy warto z nich skorzystać ;)

6. Nie myśl o temperaturze!

Powtarzając w myślach, jak bardzo nam gorąco i że zaraz się ugotujemy, sprawiamy, że nasz organizm jeszcze bardziej odczuwa temperaturę. Dlatego w miarę możliwości lepiej myśleć o wszystkim innym, omijając ten temat, żeby nie pogorszyć sytuacji!

7. Lody :)

Nie od dziś wiadomo, że gdy schłodzimy się od środka, jest nam od razu mniej gorąco. Dlatego wszelkie lody są świetną opcją! Osobiście nie jem tych kupnych, ale sama przyrządzam sobie z wody, malin, arbuzów i truskawek. Pyszne, odświeżające i zdrowe! Polecam :)

8. Parasolka

Niektórych może i zaskoczy ten punkt, ale parasolka to tak naprawdę przenośny dach nad głową. A kawałek cienia, w którym możemy skryć się wychodząc na zewnątrz w gorące dni potrafi czynić cuda!


Wydaje mi się, że na obecny moment to tyle, ale jeśli jeszcze coś przyjdzie mi do głowy, na pewno zrobię część drugą! A wy, jak radzicie sobie z upałami?
Pilaten Shea Hand Cream - mój pierwszy krem z Chin!

Pilaten Shea Hand Cream - mój pierwszy krem z Chin!

Tak jak koreańskich i japońskich kosmetyków używam już od dawna, i myślę, że jestem dość obeznana w temacie, tak z chińskimi prawie w ogóle nie miałam do tej pory styczności. Nie żebym ich unikała - o czego przecież nie mam powodu - po prostu mam wrażenie, że nie znajdowało się wśród tych dostępnych nic, co zwróciłoby moją uwagę.
Ostatnio jednak na półce jednego ze sklepów zauważyłam Krem do rąk z masłem Shea od Pilaten i postanowiłam spróbować. W końcu jeśli się nie spróbuje, nigdy nie dowie się jakie to jest, tak? :)



Opakowanie jest urocze, doceniam zwłaszcza zakrętkę, gdyż naprawdę uwielbiam taki jej kształt! Uważam jednak, że o wiele lepiej by się prezentowało, gdyby srebrny zamienić na jakiś inny jasny kolor. Może to tylko moje osobiste odczucie, ale patrząc na nie, kojarzy mi się z maścią, lub innym lekiem, a nie kremem do rąk...

Zapach jest przyjemny, delikatny i czuć, że jest naturalny, jednak to konsystencja kremu mnie zachwyciła. Jest bardzo lekka i w połączeniu z nieco przezroczystą barwą tworzy efekt, dzięki któremu naprawdę bardzo przyjemnie smaruje się kremem. Wchłania się praktycznie od razu, pozostawiając jedynie miłe uczucie miękkości :)



Od momentu zakupu używam go już ok. 2 tygodni i choć nie sprawdza się aż tak dobrze, jak mój kochany Lazy&Joy Custard Hand Cream (O którym więcej pisałam tutaj), muszę przyznać, że faktycznie działa :)
Dłonie są nawilżone, miękkie i przyjemne w dotyku, a w dodatku ślicznie pachną! Dzięki szybkiemu wchłanianiu, zapachowi i konsystencji mogłabym używać go dosłownie bez przerwy. Połączenie go, wraz z działaniem Lazy&Joy byłoby moim ideałem kremu do rąk!




Mimo, że to jeden z moich pierwszych kosmetyków z Chin, mogę wam go szczerze polecić, bo myślę, że naprawdę warto w niego zainwestować. Jestem zachwycona :)

Może zainteresuje cię też:
TOP 5 koreańskich kosmetyków
Majowe odświeżenie, czyli tonik i balsam do ust od Resibo
Jak stosować maski w płachcie?
Jak szybko opanować nowy alfabet?
Tradycyjne azjatyckie stroje - hanbok, kimono, qipao

Copyright © 2014 Chinguui blog , Blogger